fragment powieści

 
 


Fragment powieści Poszukiwany Waldemar Obrotny



1. Wyrzucony na bruk, czyli tyłek szefowej


Życie Waldemara Obrotnego było jak osiedlowy trawnik na wiosnę – zafajdane. On sam nie zdawał sobie z tego sprawy. A może tylko udawał, że niczego nie dostrzega? Przynajmniej musiał czuć, iż pod maską pozorów – określaną ładniej jako przyzwoitość – jego życie fermentuje, zatruwając swoim fetorem resztki dobrego samopoczucia.

Kim był właściwie bohater tej opowieści? To człowiek średnio zdolny i raczej leniwy, posłuszny i prostolinijny, a także nieco ponury – tak bardzo przerażała go nasza nadwiślańska rzeczywistość. W pewnym sensie był uczciwym Polakiem, bo uśmiechnięci chodzili w tym kraju wyłącznie bogacze i przygłupy. Wprawdzie los obdarzył go wspaniałym nazwiskiem, ale przyznajmy to szczerze – tęgo sobie z niego zakpił. Ten przeciętniak był po uszy zadłużony w banku. Podupadł jako katolik, a od dłuższego czasu nie praktykował nawet seksu. Posiadał szare dwupokojowe mieszkanie w bloku na Ursynowie, jeździł starą i pordzewiałą jak pręty na popękanym balkonie skodą, o błyszczącej niegdyś karoserii koloru yellow bahama, dziś pożółkłej niczym dyplom uczelni.

Tego dnia, w piątek – a był to pochmurny i dżdżysty poranek październikowy – inżynier wstał prawą nogą, uważając, aby nie zbudzić małżonki, pani Matyldy, którą z tapczanem łączyła jedna wspólna cecha – duża masa własna. Matylda ważyła bowiem tyle, co mebel. Na szczęście dla inżyniera, tapczan był od niej szerszy, więc dla nieboraka zostawało trochę miejsca. Spał od ściany, toteż budzenie się należało do karkołomnych czynności.

Wstał prawą nogą, cicho, jak myśliwy bojący się nadepniętą nieostrożnie gałązką spłoszyć z głębi boru dzikiego zwierza, a mimo to zaskrzypiały w tapczanie sprężyny. Były one obiektem niewybrednych dowcipów kolegi Bogdana, naśmiewającego się z ich pożycia.

– Uprawiacie stosunek przerywany – żartował ten niepoprawny kawalarz.

I dodawał z powagą:

– Wylatującą z tapczanu sprężyną.

To była prawda, lecz nie miała z seksem nic wspólnego. Sprężyna zawsze wylatywała, przerywając sen Matyldy. W efekcie ustawało na chwilę jej chrapanie, przewracała się na drugi bok i wszystko toczyło się dalej według utartego scenariusza.

Za łóżkiem czyhała na inżyniera kolejna „pułapka”. Zazwyczaj Matylda stawiała obok wyrka filiżankę herbaty, szklankę po napoju, opakowanie po krakersach albo talerzyk z kanapkami, których nie zdążyła skonsumować przed zaśnięciem. Tym razem były to parówki z musztardą. Nadepnął na nie i naczynie pękło, kalecząc mu palec u nogi. Inżynier dzielnie to zniósł. Zacisnął zęby i podreptał do kuchni na samych piętach. Trzeszczały jego stare stawy, jak u schorowanego baletmistrza. Nienawidził poranków, lecz jeszcze bardziej obawiał się porannego wstawania żony. Kiedy budziła się razem z nim – gderała, a to źle nastrajało jego rozregulowany system nerwowy.

Skaleczenie nie było groźne, więc nie założył nawet opatrunku. Po niecałych pięciu minutach z dymiącą filiżanką poczłapał do łazienki zadbać o tak zwaną higienę osobistą, której zagorzałą zwolenniczką była jego szefowa Teresa Gawryłłeczko. Ta też lubiła pogderać, ale była damą, więc trzymała pracowników na dystans, udzielając im nagany na korytarzu, z rzadka tylko prosząc do swojego gabinetu.

Wszystko szło rutynowo, zgodnie z planem.

Pogwizdując cichutko, z wyraźnym fałszem przebój zespołu „Ich Troje”, inżynier przystąpił do golenia. Zazwyczaj używał do tego celu pianki i maszynki marki Gillette, którą Matylda podarowała mu dwa lata temu pod choinkę. Gwizdał sobie zatem i szukał owej pianki, szczerze przekonany o pożytkach płynących z codziennego mycia i golenia się. Higiena była cool! Gdyby się, na przykład, nie umył albo przyszedł do pracy zarośnięty, szefowa Gawryłłeczko gotowa była wyrzucić inżyniera na bruk. O tym wiedziała najlepiej pani Matylda, w związku z czym inżynier Obrotny dostawał na wszelkie możliwe święta kosmetyki – piankę do golenia, wodę kolońską, mydełko czy dezodorant. Higiena była w tym domu świętością. Zastępowała pacierz i szczery uśmiech małżonków, była też wybornym pretekstem do unikania współżycia z drugą połową. To dla niej – dla idei czystości – wstawał inżynier każdego dnia o wpół do ósmej i szedł, po zaparzeniu obowiązkowej kawy, do toalety, w której przez blisko kwadrans szorował swoje zgnuśniałe ciało i doprowadzał je do stanu publicznej użyteczności.

Pewnie wszystko odbyłoby się tak, jak każdego poranka, nijako i bez emocji, gdyby nie przypadek nad przypadki, który – uprzedźmy nieco fakty – zmienił dotychczasowe, nieciekawe życie inżyniera.

Otóż zabrakło pianki. Z początku nie wyprowadziło to inżyniera z równowagi. Dzielnie starał się zmusić pusty pojemnik do wyplucia odrobiny białej i wilgotnej masy. W szafce obok lustra nie znalazł zapasowej, ani żadnego taniego mydła do golenia, więc z wściekłością kopnął w plastykowy kosz na bieliznę. Nie pomogło. Najgorsze, że z sypialni dochodził teraz odgłos puszczanych „bąków”. Ów recital zwieńczyło rozkoszne ziewnięcie Matyldy, mające jednak więcej z uroku indyczego gulgotania, niż niewieścich subtelności. Oho, zaraz zacznie gderać, ale przyznajmy szczerze, nie żona była obecnym problemem inżyniera. Na gderanie małżonki miał sposób – potrafił się całkowicie wyłączyć podczas jej monologów. Kiedy wypominała mu, że z niego wstrętny impotent, brudas i leń, uśmiechał się do niej głupkowato, czym zbijał ją z tropu. Uśmiech głupka był dobrym sposobem na rozwiązywanie problemów domowych.

Jego cierpliwość szybko się wyczerpała. Wnet ogarnęła go wściekłość, gdyż nienawidził golić się bez pianki – znowu będzie musiał użyć zwykłego mydła i zatnie się kilka razy.

O, jest! W szafce za rzędem tanich mydełek znalazł zmarszczoną tubę z pożółkłą etykietą. Z początku wziął ją za pastę do zębów, ale w końcu ustalił, że trzyma w ręku popularny niegdyś krajowy krem do golenia wyprodukowany przez Spółdzielnię Inwalidów „Walec”. Ucieszył się. Mina mu trochę zrzedła, gdy odczytał na spawie datę produkcji:


05.11.1982


Miał wtedy trzydzieści jeden lat, a Matylda ważyła tylko siedemdziesiąt osiem kilogramów. Nie posiadał długów. To nie on, a państwo polskie było zadłużone na trzydzieści miliardów zielonych. Co za czasy! Wprawdzie nie miał wtedy jeszcze samochodu i był na drugim roku zaocznych studiów, ale narodził im się syn, Wiesiek, który dzisiaj studiuje w Niemczech. Tak, stare dobre czasy... „Solidarność” zagrażająca komunistom... bieda... stan wojenny Jaruzelskiego i koniec całego cyrku zakończony “wielką wódką” w Magdalence. Ostatecznie komuniści podzielili się z opozycją władzą i tak do dzisiaj trwali w tej „solidarnej” komitywie.

Głupi krem do golenia, a ile wspomnień!

Zerknął na zegarek. Minęło już siedem minut, a on nawet nie umył twarzy. Nie miał wyjścia i musiał się ogolić, używając do tego celu przeterminowanego kremu. Przecież nie chciał narazić wysoko wyśrubowanego poczucia estetyki pani Gawryłłeczko na próbę wytrzymałości, czego konsekwencją mogła być utrata inżynierskiej posady.

Chlipnął ciepłej kawy z filiżanki i nasmarował policzki kremem przypominającym dzisiaj zjełczałe masło lub stary smalec. Pachniało dziwnie, ni to słodko, ni to mdląco, i miało coś z intensywnego odoru pasty do podłogi. Upewnił się, że trzyma w ręku krem do golenia, a nie jakiś klej i świeżo namoczonym pędzelkiem zaczął wreszcie rozprowadzać pożółkłą masę po twarzy. Szło kiepsko. Poczekał, aż pędzelek lepiej namoknie, znowu napił się kawy i zaczął namydlać.

Za drzwiami toalety huknęły inne, te od ubikacji. Oho, pani Matylda opróżniała pęcherz i rozkosznie przy tym stękała. Inżynier mydlił pieczołowicie swoje policzki i udawał, że niczego nie słyszy. W pewnym momencie włożył nawet odruchowo pędzelek do filiżanki z kawą myśląc, że to mydelniczka. Cholera! Wnet się zreflektował i szybko spłukał go wodą.

Po udanym namydleniu twarzy, przystąpił do właściwego etapu golenia maszynką. O dziwo – nie zadrapał się ani razu. Skończył, wypił resztkę kawy, zapominając, że zamiast śmietanki pływa w niej krem. Na koniec użył wody kolońskiej kupionej na bazarze od ruskich. Zapachniało szerokim światem – od sklepu z landrynkami po stację benzynową.

Jeszcze tylko krótki prysznic i inżynier stał przed lustrem, „podziwiając” swoją nalaną twarz, której ozdobą był czerwony od schorzeń wątroby nos. Przygniótł dłonią tłuste, rzedniejące włosy koloru ciemnego blond i wtedy poczuł wewnątrz jelit wybuch wulkanu. Ogień wypalał mu kiszki. Przeniósł wzrok na tubę z kremem do golenia. Zrozumiał, że nażarł się świństwa i pewnie za chwilę dostanie wielkiej sraczki. Złapie go w drodze do pracy, bo zawsze łapała go tam, gdzie brakowało klozetu. W metrze nie było kibelka, z przystanku do zakładu także.

Przełknął z wrażenia ślinę i wyszedł z toalety, odczuwając lekkie drżenie członków. Zdawało mu się, że waży mniej, choć wypukły kałdun, który w pozycji stojącej zasłaniał noski jego własnych pantofli, nie zmniejszył się ani na jotę. Zamknął drzwi. Nie, nie zamknął, a nimi trzasnął i sam nie wiedział, skąd wzięła się w nim ta energia. Rozpalały go jego własne flaki, podniecający żar rozlewał się teraz we wszystkich kierunkach, był obecny na czubkach palców, we włosach, aż wreszcie poczuł, że drgnął mu najważniejszy z członków. W pierwszej chwili się wystraszył, że dzieje się z nim coś nie tak – kuśka spęczniała w ciągu kilku sekund i wnet zamieniła się w niebezpieczne dla otoczenia monstrum. Czuł jej twardość i wzbierającą chuć. Ostatni raz podobny stan osiągnął, kiedy oglądał w telewizji film z Pamelą Anderson. Potem ów serial mu się przejadł i zasypiał już w trakcie “Wiadomości”. Kiedy roztyła się Matylda – udawał przed sobą, że seks go nie interesuje, gdy zaś żona zaczęła gderać – unikał go. Jadł więcej i brał do domu robotę za trzech, aby stłumić w sobie męczące pragnienie. Widział się w lustrze przynajmniej raz na dzień, każdego ranka, więc zdawał sobie sprawę z tego, iż żadna porządna i ładna kobieta nie pójdzie z nim do łóżka. Wiedział też, że ostatnią niewiastą, z którą mógłby to zrobić, była jego “druga połowica”, jak to ładnie ujął kiedyś Bogdan. Kilka lat temu zdarzyło mu się pomyśleć o zbliżeniu z Teresą Gawryłłeczko, apodyktyczną i chudą szefową jego laboratorium, której tyłek diablo kusił, ale to marzenie było rodem z fantastycznego snu: nierealne, przygnębiające i zuchwałe.

Teraz jednak, widząc człapiącą w tłustym szlafroku żonę, kierującą się tropizmem głodnego lunatyka prosto do lodówki i przeżuwającą tę jedną rozdeptaną parówkę, poczuł chęć współżycia z nią. Na śliskim parkiecie zaszurał dziwnie nogami, jakby zamierzał dać popis stepowania. Tak bardzo go rozpalało podniecenie! Co się z nim działo? Dodatkowo poczuł dziwne mrowienie za uszami, odruchowo odsunął na bok napiętą w gaciach kuśkę. Pomyślał o szefowej. Jak zareagowałaby na to, co stało się inżynierowi Obrotnemu?

Zamiast kościstej Gawryłłeczko miał przed sobą odzianą w szlafrok gigantyczną meduzę, żywą galaretę puszczającą „bąki” – własną żonę! Istotę uważającą inżyniera za impotenta. Stała w przedpokoju i krzywiąc się gryzła niechętnie parówkę z kawałkami z rozbitego talerzyka, bo dziwnie chrupało jej coś między zębami.

– Co oni – zabełkotała i przełknęła drobiny talerzyka z wędliną. – Ze szkła robią te parówki, czy co?

Tego poranka inżynier poczuł w sobie chęć życia. Jakimś cudem spłynęła nań niezrozumiała odwaga, granicząca z szaleństwem nie dającym się ujarzmić siłą woli. Podbiegł do żony, zanim zdążyła otworzyć lodówkę i klepnął ją zuchwale w galaretowaty pośladek. Kobieta krzyknęła przerażona i natychmiast odwróciła się do niego.

– Odbiło ci, durniu?! – warknęła zaniepokojona.

Nie odpowiedział. Patrzył na obrzękniętą twarz Matyldy, w jej buchające nienawiścią ślepia, z których sypał się wczorajszy tusz do rzęs.

Z jego ust dobiegało ciche warczenie. Zdawało się, że puchną mu małżowiny. Żona natychmiast spostrzegła ten istotny detal. Tak jest! Jego uszy stały się nienaturalnie czerwone, w fioletowym odcieniu.

– Co z tobą? – gderała zaniepokojona. – Jesteś chory? Masz gorączkę?

Waldemar Obrotny, nie namyślając się długo, zlizawszy szerokim ruchem języka ślinę z brody, wyciągnął rękę ku schowanej za stanikiem olbrzymiej piersi żony.

Ten niespodziewany manewr, przyznajmy to otwarcie, zaskoczył Matyldę. Patrzyła zatem zdumionym wzrokiem, jak mąż bezwstydnie obmacuje jej przepocone obfitości, aż wreszcie połapała się, że to nie choroba, ale coś więcej od zwykłej gorączki. Jakimś cudem ten impotent odzyskał wigor. Nigdy go takim nie widziała, należał bowiem do tych drani, którzy po pierwszym stosunku zasypiają i budzą się nad ranem, jakby nic się nie stało.

Dopiero gdy ręka inżyniera dostała się pod jej szlafrok i rozpoczęła eksplorację ulokowanych za majtkami wdzięków, Matylda oprzytomniała i jednym ruchem ręki, w której skumulowała się godność wszystkich samic zamieszkujących naszą planetę, grzmotnęła męża w ogoloną gębę.

Przeleciał przez wypolerowany przedpokój i zatrzymał się dopiero na drzwiach toalety. Wytrzymały. Inżynier też. Cios okazał się ponadto zbawienny dla jego świadomości. W jednej chwili oprzytomniał. Wstał i trzymając ręką spuchnięty policzek, posłał żonie spojrzenie, które miało w sobie tyle samo wstydu, co zdziwienia.

– Przepraszam, kochanie – wymamrotał speszony.

Zamknął się szybko w toalecie, jak sztubak chowający się przed rodzicami za wypity z barku alkohol i nie wiedział, co się właściwie stało. Czy to, aby na pewno przez ten krem? Był przekonany, że połknął trochę świństwa i zaraz potem poczuł w sobie ów wulkan. W kremie musiało coś być!

Tajemnicza tuba z kremem do golenia leżała na krawędzi umywalki i na niej zatrzymał dłużej wzrok.

Obejrzał się w lustrze – wszystko wróciło do normy. Wyglądał w porządku, tak jak każdego ranka, nie licząc owego zasinienia na kości policzkowej. Matylda umiała przyłożyć.

„Zaraz, zaraz – myślał jak w transie – a może ta spasiona krowa nasączyła krem jakąś viagrą albo innym świństwem, żebym nabrał ochoty i dobrał się do niej! Nie, to jakaś bzdura! Przecież mnie uderzyła, gdy ją macałem, a powinno jej na tym zależeć. Tuba była szczelnie zamknięta, jak ją otwierałem. Nie, Matylda niczego do niej nie wstrzyknęła. Ona prędzej by mnie udusiła w czasie snu”.

Jako inżyniera zainteresowały go niecodzienne właściwości kremu. Był pewien, że to ów kosmetyk sprawił dziwne ożywienie organizmu. Założył, iż po dwudziestu latach nieznana mu substancja zawarta w kremie uległa rozkładowi i w tubie zaszła spontaniczna reakcja między jego składnikami.

– Odbiło ci? – wrzasnęła przez zamknięte drzwi żona, czym wyrwała go z zamyślenia.

Na wszelki wypadek zabrał krem. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby wpadł w jej ręce? Gotowa była go zgwałcić albo rzucić się na pół osiedla w samym szlafroku.

– Co ty sobie myślisz, draniu? – krzyczała, stojąc w przedpokoju. Widział jej dużą głowę zasłaniającą małe okienko w drzwiach. – Że jestem, jak jakaś dziwka z telewizji?! Jedź do swojej mamusi na wieś i tam kury se macaj. Widzicie, gacie ze mnie ściągał, chojrak jeden! Impotent!

Jednakże musiała przyznać, że reakcja męża była nie tyle niepokojąca, co raczej zdumiewała tą nieoczekiwaną przemianą. Dodajmy – na lepsze. Ta jego „choroba” mogła okazać się punktem zwrotnym w ich rozkładającym się współżyciu.

Matylda zerknęła na duży zegar wiszący w przedpokoju.

– Spóźnisz się do pracy! – stękała zafrasowana niedawnym zajściem. – Tylko dobrze się umyj, bo cię wyleją! Jak wrócisz, porozmawiamy sobie...

Umył się posłusznie. Wychodząc z domu, nie wiedział, czy w ostatnich słowach żony było więcej groźby czy obietnicy? Z dwojga złego wolał to pierwsze – żona mu „nawsadza”, co najwyżej przyłoży w gębę i tyle, zaś obietnica, jaka zadźwięczała w jej słowach, mogła okazać się prawdziwą katastrofą. Na wszelki wypadek inżynier zabrał do pracy tubkę ze starym kremem.

Pojechał metrem. Nie chciało mu się męczyć akumulatora starej skody. Sraczka nie złapała go po drodze (jego wątrobie było pewnie już wszystko jedno, co trawi) i cudem się nie spóźnił. Wszedł do laboratorium w chwili, w której szefowa, idąc do swojego gabinetu nerwowym krokiem podsycanym stukotem wysokich obcasów, zajrzała z ciekawości do rozjaśnionego światłem jarzeniówek pomieszczenia. Wydawało się inżynierowi, że pani Teresa wyglądała dzisiaj wybitnie sexy – różowa spódniczka do kolan, do tego jasne pończochy, które wcale nie maskowały ciemnych włosków na szczupłych i kościstych piszczelach, kusa bluzeczka w pistacjowym kolorku i prześwitujący przez nią biały biustonosz. To prawda, że Teresa Gawryłłeczko była chuda niczym szkapa, ale nie wiedzieć czemu, inżynier Obrotny miał na jej punkcie fioła. Podobała mu się, może dlatego, że stanowiła przeciwieństwo jego własnej żony. Onieśmielała go i jednocześnie przyciągała jak grzech. Na korytarzu obezwładniał go zapach jej fiołkowych perfum, potem gapił się na nią, jak znikała w drzwiach gabinetu, w którym rzadko bywał. Pracując w laboratorium przez resztę dnia, widział oczami wyobraźni pełen lubieżności tyłek szefowej i miewał marzenia bardziej śmiałe od tych serwowanych w serialu z Pamelą Anderson. Odruchowo jego ręka powędrowała do kieszeni marynarki, w której ukrył tubę z kremem do golenia.

Z rozmarzenia wyrwał go głos Bogdana.

– Obudź się, Walduś – szturchnął go w ramię kolega. – Głodny jesteś, co?

– Co takiego?

– Nie udawaj. Pożerałeś wzrokiem naszą Tereskę.

– Że ja niby? – speszył się

Faktycznie – patrzył na idącą korytarzem szefową w sposób jednoznacznie obleśny.

– Ja tam wolę niewiasty przy kości – westchnął zamyślony Bogdan. – Waldek, mówię ci, co za dupencja pracuje w warzywniaku na naszym osiedlu... ech! Pupę ma jak beczka na ogórki. Cycki... minimum szósteczka! Osobiście nie lubię chudych. Rozumiesz... chude są wredne. I zmienne. Grube są stałe. Naprawdę. Stale jedzą.

Zaśmiał się z dowcipu, który sam wymyślił, a który umiarkowanie śmieszył inżyniera. Jak tu się śmiać z własnego nieszczęścia?

– Ja też – inżynier mruknął dla świętego spokoju.

Bogdan był znany z wygłaszania monologów zabarwionych wulgarnym erotyzmem.

– Ja też nie lubię chudych – powtórzył.

– Kobieta przy kości ma same zalety – gadał dalej Bogdan. – Zresztą wiesz lepiej ode mnie, bo Matylda do chudych nie należy. U takiej jest za co chwycić, potrzymać. Jak robisz to z chudą, to jakbyś rozkładał aluminiowy leżak. Zero przyjemności. Otłuszczona jest miękka i bardziej namiętna.

– Poważnie? – zdziwił się szczerze inżynier.

– Zgrywus – Bogdan dał mu kuksańca w bok. – Pewnie Matylda daje ci nieźle popalić. Ten siniak na twarzy to jej sprawka?

– A nie, to wyleciały graty z pawlacza.

Wnet założyli białe fartuchy. Posiedzieli trochę w swoim pokoju i szybko zajęli stanowiska przy laboratoryjnym stole naprzeciw siebie tak, że widzieli się w szparze między buteleczkami z odczynnikami, menzurkami i statywami na pipety. Kolega Bogdan wsunął głowę w jedną z nich i szeptał.

– Wiesz, że dzisiaj wzywają do gabinetu szefowej?

– Coś poważnego?

– Nic nie wiem, Walduś. Ciekawe, kurczę, czego chcą, nie? Podobno będzie dyrektor.

Inżynier wzruszył ramionami. Zamiast rutynowej pracy, wyjął z kieszeni tubę z dziwnym kremem i pobrał z niej próbkę do analizy. Godzinę zajęło mu wykonanie kilku roztworów do odpowiedniego testu, potem czekało go wirowanie. Bogdan był zajęty swoją robotą, więc inżynier mógł w spokoju zająć się kremem do golenia. Zbada świństwo i ustali jego skład, nawet jeśli zajmie to kilka ładnych dni.

W porze pierwszego śniadania postanowił przeprowadzić pierwszy eksperyment i wypróbować na kimś działanie kosmetyku. Wybór był szybki: Bogdan.

Kolega, jak na zamówienie, wyjął z teczki kanapki i poszedł z nimi do małej pakamery na zaplecze, w której stały: stół, lodówka, czajnik i szafki na naczynia. Inżynier dołączył do niego, chociaż nie miał ze sobą wałówki. Zadowolił się wczorajszym jogurtem. W pewnym momencie, gdy odwrócony do niego plecami Bogdan szukał szklanek, inżynier zdecydował się na pierwszy krok. Nacisnął lekko tubę schowaną w kieszeni fartucha i palcem zgarnął trochę kremu. W tym czasie drugą ręką uniósł pajdę chleba z przyklejonym do niej płatem szynki i szybko położył krem na grubej warstwie masła. Potem czekał na reakcję kolegi.

Bogdan swoim zwyczajem poczęstował go kanapką, inżynier taktownie odmówił, a następnie głośno mlaskając, opowiadał o polityce. Przeżuwał i ględził o tym, że „Samoobrona” powinna przejąć niezwłocznie władzę, inżynier zaś w napięciu liczył każdy kęs, który tamten połykał i czekał, kiedy skończy kanapkę i sięgnie po drugą.

– Tak jest – gadał Bogdan o polityce żując cały czas pierwszą. – Niech rządzą ci, którzy jeszcze nie rządzili. Starzy nachapali się, więc niech idą na emeryturę i dadzą porządzić innym. Lepszym!

Do małej salki weszła Anna, trzydziestoletnia pani magister. Niezbyt urodziwa niewiasta, ale przyzwoita i nieco przy kości. Ujrzawszy ich, uśmiechnęła się zdawkowo i zaczęła robić sobie herbatę, gdyż kawy nigdy nie pijała.

– Ty znowu o tej „Samoobronie” – kręciła głową. – Mówię ci, oni tylko obiecują, nic w kraju dobrego nie zrobią...

– Skąd wiesz? – zaperzył się na serio Bogdan. – Dajmy im porządzić, to zobaczymy!

– Rozkradną wszystko i tyle z tego będzie. Kolejna banda złodziei.

– To kto ma rządzić? Wałęsa? Kwaśniewski? Balcerowicz? A może ten wyszczekany z „muchą”?

– Nie wiem kto, nie znam się na polityce – westchnęła Anna. – Może jakiś przystojny aktor? Był taki amerykański prezydent Reagan, aktor prosto z Hollywoodu. Nie mógłby u nas rządzić na przykład Jan Englert? Uwielbiam go. Co za przystojny facet!

– Aktor? – przełknął kęs Bogdan i skrzywił się na propozycję pani magister. – Żartujesz czy co? Nie, nie! Lepper to jedyny odpowiedni gość.

Anna zrezygnowała z dyskusji, rzuciwszy jeszcze pod adresem polityka szyderczą uwagę: „biało-czerwony burak”. Podeszła do lodówki i chwilę w niej gmerała.

– Ale jestem głodna – westchnęła wreszcie.

– Może kanapeczkę? – zaproponował kolega.

– Z serem nie jadam.

– Te są z szynką, Aniu.

– Może być.

Kobieta bąknęła „dziękuję” i zabrała się za pałaszowanie kanapki, która zawierała próbkę kremu. Jadła nie wiedząc, że uczestniczy w niecodziennym eksperymencie. Wprawdzie to Bogdan miał być jego obiektem, a nie Anna, lecz w nauce liczył się wyłącznie rezultat badań. Nie było ważne, które z nich połknie trochę świństwa.

Kobieta skończyła jeść. Skrzywiła się z niesmakiem jeden jedyny raz, w końcu wypiła herbatę. Żadnej zmiany w zachowaniu! Nic. Magister Anna wydawała się zupełnie normalna. Inżynier czekał w napięciu na jakąś zmianę w zachowaniu młodej kobiety, ale się nie doczekał. Zdziwiło go to i rozczarowało.

– Jakiś dziwny jesteś dzisiaj – rzekł do niego Bogdan, gdy Anna wyszła z salki. – Milczysz.

– A ty chyba drażliwy.

– Nie przesadzaj. Powiedz lepiej, czy Ania ci się podoba. Kurczę, gapiłeś się na nią, jak wilk na żywą jagnięcinę.

– Tak, ładna z niej osóbka – bąknął dla świętego spokoju.

– Ładna? – wykrzywił usta kolega. – Ona mi się wcale nie podoba. Brzydka.

– Przecież jest przy kości. Lubisz takie.

– No trochę pulchna jakby jest. Ale jaka przy tym głupia! Słyszałeś, Englert na prezydenta!

Inżynier nie patrzył na Bogdana. W najwyższym napięciu obserwował przez oszkloną ścianę Annę rozmawiającą z innymi pracownikami przy stołach laboratoryjnych.

– Ale cię przypiliło – pokiwał głową zaniepokojony jego zachowaniem Bogdan i zaraz zachichotał. – Ja cię kręcę.

Usiadłszy po kilku minutach na swoim stanowisku, inżynier myślał intensywnie nad sprawą kremu. Myślał i czasami przyłapywał Bogdana na podglądaniu – kolega bowiem zerkał na niego przez szparę w odczynnikach i robił to niezbyt dyskretnie, próbując po swojemu rozgryźć inżyniera. Jednocześnie był dziwnie zamyślony, trochę nieswój.

Waldemar Obrotny miał jednak swoje problemy. Zastanawiał się nad ostatnim eksperymentem. Pokazał on mianowicie, że krem do golenia był jedynie przeterminowanym kosmetykiem. Niczym więcej. Nie zawierał żadnej substancji wpływającej na ludzkie zachowanie. Jak zatem wytłumaczyć poranny epizod w mieszkaniu? Dlaczego, wbrew sobie, dobierał się do Matyldy? Czyżby to objaw jakiejś poważnej choroby, a nie działania substancji chemicznej zawartej w starym kremie?

Wyjaśnienie całej sprawy przyszło później.

Była pierwsza po południu i szefowa, jako pierwszego, wezwała do gabinetu Bogdana.

– Oho, zaczęło się – szepnął złowieszczo.

– Trzymaj się, Boguś – klepnął go inżynier po przyjacielsku w ramię.

Bogdan wrócił po kwadransie zmaltretowany psychicznie.

– Zwalniają pracowników – oznajmił ponurym tonem.

– Poważnie? – pobladł Obrotny.

– Uspokój się... nie zwolnili mnie. Ale mało brakowało. Zostaję na swoim stanowisku! Nie martw się o mnie, mój drogi.

– Tak się cieszę.

– Ale, zdaje się, że do ciebie coś mają, kurczę.

– Do mnie? Co takiego?

Bogdan nie spojrzał w oczy inżyniera. Zmarkotniał. I przygryzał zębami dolną wargę.

– Nie wiem – odburknął chłodno. – Idź tam. Prosi cię sam dyrektor.

Inżynier Obrotny, przeczuwając nieszczęście, opuścił w pośpiechu laboratorium. W korytarzu nadział się jeszcze na wychodzącą z ubikacji Annę. Jego uwagę zwróciła nienaturalna szarość spowijająca twarz pani magister. Zaniepokoił go stan jej zdrowia, mimo że myślał teraz intensywnie o rozmowie z dyrektorem. Był jednak odpowiedzialny za zdrowie Anny, wszak to on zabawiał się w eksperymentatora.

Zatrzymał się przed nią.

– Źle się pani czuje, Anno? – zagadał trochę wystraszony.

– Już mi lepiej – odpowiedziała słabym głosem. – Te kanapki, coś w nich było... Jezu!

Nie dokończyła, złapała się za brzuch i z powrotem zamknęła się w ubikacji. Słyszał, jak wymiotuje do umywalki przy drzwiach, a te objawy jednoznacznie świadczyły o tym, że wyprodukowany dwadzieścia kilka lat temu przez Spółdzielnię Inwalidów „Walec” krem jej zaszkodził. Czy był trucizną? Tego nie wiedział. On sam zareagował w domu inaczej i, dalibóg, nie wiedział, jak to wyjaśnić.

Miał wyrzuty sumienia za to, co zrobił Annie.

Gdy jednak znalazł się w gabinecie szefowej – sprawa kremu do golenia i zdrowia koleżanki zeszła na drugi plan. Poinformowano go o modernizacji laboratorium oraz o tym, że zarząd zakładu podniesie inżynierowi trzykrotnie pensję, niestety będzie to jego ostatnia wypłata. Zwana wyprawką. Zwalniali go.

Doznał szoku i nikt w gabinecie nie odezwał się ani słowem. Nieznośna cisza trwała prawie minutę. Nie podobała mu się już Teresa Gawryłłeczko. Widział w niej kościstą zołzę, złośliwego babsztyla, a siedzący na fotelu dyrektor jawił mu się jako sapiąca i bezlitosna bestia, satyr. Te krzaczaste brwi, ciemniejsze od węgla, drażniły go, wyrwałby je bez chwili namysłu, naplułby w tę urzędniczą mordę, a żelazkiem uprasowałby głębokie bruzdy na wysokim czole urzędnika. Pieprzony dyrektorek.

Zwalniali go, jak nic! Po dwudziestu latach przykładnej pracy. Za co? Co on im zawinił? Urlopów nie brał (wstydził się jeździć z Matyldą do nowoczesnych ośrodków wczasowych, bo przywożenie do nich żony było przenoszeniem do lasu starego próchna). Nie korzystał nawet z usług lekarskich, choć czuł się stary i zużyty. Tylko że oni o tym wszystkim nie wiedzieli, jakim więc prawem go zwalniali?

Więźniów puszczano na wolność za wzorowe sprawowanie. Jemu powiedzieli, że był wzorowym pracownikiem. Wychodziło na to, iż zwalniali go jak więźnia. Dyrektor kilkakrotnie powtórzył: Waldemar Obrotny to sumienny, wzorowy pracownik. Co za wyróżnienie! Niech was, jasna cholera!

– To nie pana wina, inżynierze – klepał go po plecach dyrektor Wilczek. – Ciężko w tych czasach utrzymać się na rynku. Mamy zbyt liczną kadrę i za duże koszty utrzymania... podatki nas zjadają... musimy odmłodzić zespół... wymogi unijne, panie inżynierze.

– A miał być unijny raj – wydusił z siebie Waldemar.

– I będzie. Będzie, panie inżynierze! Będzie niebawem raj. Ale nie od razu. I nie dla wszystkich. Cierpliwości.

– My Polacy, to od razu chcielibyśmy nie wiadomo co – żachnęła się szefowa. – Tylko ciężką, codzienną pracą można dojść do czegokolwiek.

– Kiedy właśnie mi ją zabieracie.

– Takie czasy, inżynierze – uśmiechnął się dyrektor Wilczek.

– Właśnie – dodała szefowa Gawryłłeczko. – Niech pan z łaski swojej poprosi do nas magister Anię Zalewską.

– Jest w toalecie – wyrwało się inżynierowi.

– Proszę ją zawiadomić.

– Jak to, mam wejść do damskiej?

Uśmiechnęli się do niego z wyrozumiałością godną kata. Zaznaczyli, żeby zostawił dla Anny wiadomość w jej pokoju. Poza tym byli mili, uśmiechali się, ale wnet wyprosili z gabinetu.

Był tak zdruzgotany, że w sekretariacie usiadł w fotelu, aby nie upaść z wrażenia na dywan.

Do byłej szefowej czuł teraz wyłącznie nienawiść. Już go nie pociągała, suka jedna. Brzydził się nią. Ale tak naprawdę, to istne piekło czekało go dopiero w domu – Matylda, na wieść o zasiłku, wpadnie w szał. Co za upokorzenie – wylany na bruk! Już nigdy nie pomoże Bogdanowi w przygotowywaniu odczynników, już nigdy nie uruchomi wagi atomowej i nigdy nie dane mu będzie klepnąć szefowej w tyłek. Koniec świata.

Siedział w pokoju sekretarki i patrzył zagubionym wzrokiem dziecka na krępą i niską sekretarkę Madzię. Przyrządzała kawę dla dyrektora i szefowej. Lekko uchylone drzwi do gabinetu umożliwiały podsłuchanie toczonej tam rozmowy.

– ...zamówię stolik w restauracji, pani Teresko – szeptał dyrektor. – Z dala od miasta... Wie pani, intymny kącik, w którym dwie samotne osoby mogą spokojnie porozmawiać.

– Nie, dzisiaj nie mogę – broniła się.

– A jutro?

– Jutro tym bardziej nie dam rady.

– No, to pojutrze!

– Pojutrze? – zawiesiła głos. – Dam radę, owszem. Pan natomiast, dyrektorze, nie da rady. Pojutrze jest niedziela.

– I co z tego?

– W niedzielę wraca pańska żona z sanatorium.

– Doprawdy? Ależ tak, ma pani rację – westchnął niepocieszony. – Co za pech. W takim razie umówimy się w przyszłym tygodniu, dobrze?

– Wstępnie może być – odparła niechętnie.

Przerwali rozmowę, gdy któreś z nich zorientowało się, że mogą być podsłuchiwani z sekretariatu. A zatem było tak: dyrektor dowalał się do szefowej, a ta nie śmiała mu odmówić. Szczególnie, że zwalniano właśnie pracowników. Tutaj poważny romans wisiał w powietrzu! Ten cholerny dyrektorek odebrał mu wszystko: pracę i tyłek szefowej.

Zamknięto drzwi. Madzia postawiła gorącą kawę w szklankach na posrebrzanej tacy i z wyjętego kartonu wylała mleko na blat.

– Zawsze rozleję – marudziła. – Nienawidzę tych kartonów.

Wyszła po szmatę, więc inżynier Obrotny został sam w sekretariacie. Patrzył jak zahipnotyzowany na dwie szklanki z kawą. Przypomniał mu się poranny epizod we własnym mieszkaniu na Ursynowie. Zanim połknął trochę starego kremu, pił kawę. W głowie coś mu świtało, czuł smak rozwiązania, już chciał krzyczeć „eureka”. Bo czyż to nie kawa była brakującym ogniwem w rozwikłaniu tej zagadki? Jako chemik wiedział, że niektóre związki uaktywniają się w zetknięciu z inną substancją, zwaną katalizatorem. Bez niego nie wywoływały pożądanych reakcji! Może właśnie kawa, a w zasadzie zawarta w niej kofeina, stymulowała jakąś szczególną reakcję ze składnikiem przeterminowanego kremu. To było możliwe. Nie wiedział, rzecz jasna, jaki jest skład chemiczny świństwa, ale mógł powtórzyć eksperyment, dodając go tym razem do kawy. Z Anną nie wyszło, bo ona nie wypiła kawy. Co szkodziło zaryzykować i zemścić się na którymś ze zwierzchników? Już tutaj nie pracował.

Wyciągnął z kieszeni tubę i wpuścił do jednej ze szklanek krem. Nie za dużo, ot, zaledwie centymetrowy balasek. Dla pewności zamieszał łyżeczką. Zaraz przyszła sekretarka, wytarła biurko szmatą i weszła do gabinetu z kawą.

Jeśli wypije ją Gawryłłeczko, to w przypływie żądzy rzuci się na dyrektora Wilczka, a być może w dalszej kolejności na inżyniera. Gdy dyrektor – to miło będzie popatrzeć na śliniącego się z podniecenia Wilczka, który doskakuje do Teresy Gawryłłeczko i rozrywa jej bluzeczkę razem ze stanikiem. Ha, ha! Zobaczy to Madzia, plociuch nad plociuchy i doniesie przewodniczącemu zakładowych związków zawodowych o tym, co wyrabia dyrekcja w sytuacji zwolnień grupowych i grożącego bankructwa. Ludzie się dowiedzą, że dyrekcja zamiast główkować pieprzy się na całego i będzie skandal, jak się patrzy! Niech mają za swoje, ci przeklęci kapitaliści!

A jeśli krem nie miał żadnych pobudzających właściwości, to przynajmniej, dranie, się posrają!

– Mogę zadzwonić? – zapytał Madzię, gdy wróciła z pustą tacą.

– Proszę.

Zadzwonił do zakładu Anny, aby poinformować ją o wizycie w gabinecie szefowej. Pani magister nie wróciła jeszcze z ubikacji, ale inżynier nie odkładał słuchawki. Czekał na rozwój wypadków w sąsiednim gabinecie. Tylko niczego nie przeczuwająca sekretarka usiadła za komputerem i zaczęła przeglądać stronę z najnowszym zapisem wizyty w domu idola całej Polski – Wiśniewskiego.

– Wiśniewski pokłócił się z żoną, niewiarygodne! – podniecała się sekretarka wpatrzona w ekran komputera, a inżynier w milczeniu kiwał głową, cały czas tkwiąc ze słuchawką przytkniętą do ucha. – Poważna sprawa. A było tak. Na obiad zjedli owoce morza... potem popili wodą mineralną o zawartości magnezu powyżej 100 miligramów na litr wody... i po godzinie Wiśniewskiego wzdęło. O rany! Co za niedołęga z tej jego żony... wiedziała, że ukochany pije niegazowaną, to kupiła gazowaną. Miał rację Wiśniewski, że się obraził i zamknął w pokoju z kolegą.

Inżynier nie odzywał się. Co tam woda gazowana! Jego krem – to dopiero mogła być historia, w sam raz na pierwsze strony szpalt!

I wreszcie zza obitych skórą drzwi dobiegł hałas. Ktoś krzyknął i zdawało się, że to głos dyrektora Wilczka. Wnet otwarły się szeroko drzwi gabinetu i stanęła w nich sama Teresa Gawryłłeczko. Nie przypominała już wcale groźnej i oschłej w obcowaniu kobiety. Było gorzej. Miała rozpiętą bluzkę odsłaniającą biały stanik. Zauważył też inżynier podniesioną wyżej spódnicę. Oczy kobiety pałały dziką żądzą seksu, powiększone nienaturalnie uszy stały się dziwnie fioletowe, a całości rozpustnego wizerunku dopełniały rozrzucone na boki włosy. Co za wejście! Gawryłłeczko stęknęła rozpustnie raz, drugi, trzeci, i wreszcie zaczęła tupać nogami w miejscu, jakby szykowała się do skoku. Inżyniera zatkało – środek poskutkował! Przeterminowany kosmetyk działał silniej od viagry. Obrotny pamiętał, co stało się z nim samym!

Radość z wielkiego odkrycia nie trwała długo. Madzia zdążyła się już schować pod stół, a piszczała jakby zobaczyła w drzwiach do gabinetu samego Lucyfera. Inżynier pragnął zbliżenia z Teresą Gawryłłeczko od dawna, ale czy obecna sytuacja była normalna? Czy był w stanie dogodzić rozpalonemu do czerwoności wampowi? Toż miał przed sobą dziką samicę. Potwora.



POWRÓT DO OPISU   POSZUKIWANY WALDEMAR OBROTNY